Filmaster

your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Uwaga na uszy!

Gitara ma dla mnie szczególne znaczenie, dlatego ta notka nie będzie obiektywna. Dzielę z tym instrumentem dach prawie pół życia (sama jestem posiadaczką dwóch egzemplarzy tego gatunku, a jako żona gitarzysty - sami rozumiecie... nawet mój syn ma własną gitarę elektryczną!).

Więc obiektywnie nie będzie, bo do "la gitarry" mam sentyment. Ale bez obaw. Oczekiwania względem filmu Davisa Guggenheima też miałam spore.

Koncept jest taki, że dochodzi do spotkania trzech gitarowych wirtuozów: Jimmy'ego Page'a (Led Zeppelin), The Edge'a (U2) i Jacka White'a (The White Stripes, The Raconteurs). Nie wiem, na ile znane są Wam te nazwiska i jak wielkimi fanami ich zespołów jesteście. To w tym momencie nieistotne i nie przeszkodzi w odbiorze filmu.

W "It might get loud" historie zespołów to wątki poboczne. Na plan pierwszy wysuwa się uniwersalna historia muzycznej pasji, której doświadczyło trzech ludzi. Pozornie dzieli ich wszystko: wiek, ojczyzna, pochodzenie, zainteresowania i dokonania. To co ich łączy, to dzika, histeryczna wręcz miłość do sześciostrunowego (zwykle) instrumentu z gryfem, z którego każdemu z nich udało się wydobyć całkiem nowe brzmienie!

Opowiedziane przez trzech gitarzystów historie splatają się w jedną całość. Świetna jest scena, gdy każdy z nich opowiada o zdobyciu pierwszej w życiu gitary. Nagle wszystkie wątki zostają związane w supeł i już tak naprawdę niewiadomo: czy to Edge opowiada, jak w sklepie muzycznym wybrał model Explorer Gibsona (czyt. Gipsona, nie Dżipsona), czy to Jack White za pomoc w transporcie dostaje zamiast pieniędzy gitarę zostawioną w jakimś sklepie Armii Zbawienia, czy może Jimmy Page opowiada, jak znalazł gitarę w nowym domu, do którego przeprowadził się razem z rodziną.

Najważniejsza staje się nagle sama gitara, która nie boi się Guggenheimowi pokazać całkiem nago. Nie wstydzi się swoich porysowań, rys, zadrapań, zdartego lakieru, zerwanych strun, dziur w pudle, skrzywionych progów, czy nawet krwi (po tym, jak White rozwala rękę grając solówkę). To ona gra tu główną rolę. Jest jedyną kobiecą częścią tego filmu.

Zrobione lekko, bez zadęcia, czasem nawet z humorem. Młodym szarpidrutom polecam zwłaszcza scenę, w której White konstruuje gitarę ze starej deski, butelki po coca-coli, drewna, kawałka drutu i kilku gwoździ ;)

Wizualnie też jest dobrze. Umiarkowane kolory, świetne światło, ujęcia bez dłużyzn.

Jak Wam się zachce obejrzeć coś dokumentalnego, albo coś z wątkiem muzycznym, albo coś z jednym i z drugim - mogę polecić z czystym sumieniem. Nawet, jeśli nie do końca jestem obiektywna ;)

krozy krozy

Myślę, że nikt, komu nie jest obojętna muzyka gitarowa (a już tym bardziej posiadaczka dwóch gitar, no i męża gitarzysty ;)), nie będzie obiektywny recenzując ten film. Ja byłem na dwóch pokazach specjalnych (z dwóch) dzień po dniu, a gdy wszedł później do regularnych projekcji wybrałem się również trzeci raz :) Więcej w mojej krótkiej recenzji.
PS: Twoja nieobiektywna recenzja bardzo ciekawa :)

.

bolekczyta bolekczyta

No właśnie. Ja też oglądałem "Będzie głośno" totalnie bezkrytycznie, bo od prawie ćwierćwiecza nie rozstaję się na dłużej z gitarą. Ciekawe jak "It might get loud" odbierałby ktoś, komu "wiosło" jest doskonale obojętne.

.

doktor_pueblo doktor_pueblo

Podejrzewam, że zwolennik muzyki poważnej, nie słuchający niczego innego, wyłączyłby po połowie. Bo nie czarujmy się, jeżeli nie jest się fanem gitary, to w tym filmie za wiele się nie znajdzie. Nie jest to świetny dokument. Broni go temat i bohaterowie.

.

bolekczyta bolekczyta

A ja tu mam wątpliwość. Jeśli faktycznie ktoś jest obdarzonym muzyczną wrażliwością wielbicielem klasyki to czy nie zaintrygowałaby go historia dwóch muzycznych gigantów (Jack White to jednak trochę inna liga niż Page i The Edge)?
Osobiście, choć z klasyką mi nie po drodze, z przyjemnością posłuchałbym, co mają do powiedzenia np. Maksymiuk, Blechacz i Penderecki.

.

doktor_pueblo doktor_pueblo

Tylko pytanie, czy The Edge jest gigantem. Dla mnie nie. Bardzo zabawna wydała mi się scena, w której sam Edge pokazał, jak banalną (po wyłączeniu fuzzu) muzykę gra. Natomiast niewątpliwym gigantem jest Page i jak napisałem nawet w swojej krótkiej recenzji nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby był to film tylko o nim.

.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook